poniedziałek, 28 maja 2012

"Blondynka" Joyce Carol Oates

Marilyn Monroe

Gdy słyszymy to nazwisko, od razu w naszych głowach pojawia się obraz platynowej blondynki z krótkimi, falowanymi włosami, pieprzykiem na policzku i z seksownie rozchylonymi ustami. A może jako pierwszy pojawia się widok Marilyn przytrzymującej białą sukienkę, którą podwiewa podmuch z kratki wentylacyjnej nowojorskiego metra? Myślimy: legenda kina, symbol seksu. Nie ma chyba nikogo, kto nie znałby Marilyn Monroe, nie ma nikogo, kto nie kojarzyłby jej twarzy. Zmarła pół wieku temu, a nadal jest ikoną kultury masowej. Marilyn jest wszędzie. Ale kim była Norma Jeane?

Joyce Carol Oates postanowiła wniknąć w zagmatwaną psychikę tej kobiety. Co kryło się w środku jej głowy? Jaka była? O czym myślała, co czuła, co było dla niej ważne? Oates stara się przeniknąć przez wizerunek pięknej blondynki, uwielbianej przez tłumy. Co kryło się za tą wszechobecną do dziś maską blondwłosej aktorki?

Wiedziałam o Marilyn Monroe bardzo niewiele, raczej same ogólniki. Aktorka przyszła na świat jako Norma Jeane. Wychowywała się głównie w sierocińcach i rodzinach zastępczych, matka przebywała w zakładzie psychiatrycznym. Pierwszy raz wyszła za mąż w wieku szesnastu lat, rozeszła się z mężem cztery lata później. To wtedy zaczęła pozować do zdjęć, co było jej pierwszym krokiem do kariery aktorskiej. Kojarzy nam się jako ikona seksu, jako przedmiot zachwytu. Ale słyszymy też o tym, że przy całym tym uwielbieniu dla jej osoby, była okropnie nieszczęśliwa. Ludzie widzieli Marilyn, ale nie mogli dostrzec Normy Jeane. A ona nie chciała uwielbienia dla swojej urody. Chciała, żeby ktoś ją rozumiał, kochał bezwarunkowo i rozpędzał jej lęki.

Po przeczytaniu kilku pierwszych stron pomyślałam, że będzie ciężko. Piękny, ale dość trudny język autorki, różnorodność formy (czasem sprawiająca wrażenie chaosu), duszna atmosfera. Tak, to wszystko faktycznie sprawia, że lektura jest dość wyczerpująca. Blondynka wymaga pewnego skupienia. Szybko jednak przekonałam się, że ta wymagająca książka naprawdę potrafi pochłonąć myśli. Wciągnęłam się. Mogłabym powiedzieć, że Blondynka niemal wchodzi czytelnikowi w mózg.

Oates we wstępie zastrzega, że jej dzieło nie jest biografią, ale powieścią. Autorka zmienia niektóre fakty i zdaje się, że jej głównym celem faktycznie nie jest opowiedzenie losów Monroe, a raczej wniknięcie w jej psychikę. To bogaty, różnorodny obraz charakteru. Charakteru niejasnego, zmiennego, pełnego sprzeczności. To nakreślony z wrażliwością i rozmachem szkic licznych neuroz, bolączek, urojeń, utajonych lęków i pragnień. To zapis radości i smutków, wzlotów i upadków. Oates przedziera się przez Marilyn Monroe i stara się dotrzeć do Normy Jeane, tej prawdziwej (jak nam się przynajmniej zadaje) Normy Jeane. Jako wnikliwy obraz psychiki jest to dzieło wprost genialne. Nie wiem jak naprawdę było z Marilyn Monroe, na ile obraz Oates ma pokrycie w rzeczywistości. Jednak jest to na pewno niezwykle szczegółowe, piękne i głębokie studium psychiki kobiety, bohaterki książki. Oates nie podaje jasnych rozwiązań, układa swój obraz z miliona rozmaitych kawałków, niczym puzzle. Elementy łączą się w nieraz zaskakujący sposób w całość – nierówną, skomplikowaną i wciąż tajemniczą. Marilyn Monroe - gwiazda ekranu, ikona seksu, wielka gwiazda. A w niej Norma Jeane – pełna bólu, nieuzasadnionego strachu, stale pod wpływem traumatycznego dzieciństwa, po trzech nieudanych małżeństwach, wciąż czekająca na ojca, który nigdy nie zapragnął jej poznać.

Blondynka to dzieło wprost monumentalne. Na prawie ośmiuset stronach autorka skupia się tylko na jednej postaci, ale robi to z niezwykłą drobiazgowością. Nie brakuje jej też pomysłowości, książka jest świetna językowo, a autorka podróż przez życie Marilyn potrafi ciekawie urozmaicić. Niektóre rozdziały są napisane zupełnie inaczej niż reszta, często wtrącane są „wypowiedzi” różnych osób. Wraz z postępem akcji zmienia się też nieco styl, który staje się bardziej chaotyczny, co odpowiada pogarszającemu się stanowi psychicznemu Monroe. Nie wiem do końca, czemu ma służyć zastępowanie większości nazwisk odpowiadającymi im określeniami (jej drugi mąż, Joe DiMaggio jest Eks-Sportowcem, trzeci, Arthur Miller – Dramaturgiem itd.), co na dłuższą metę jest troszkę irytujące. Jeszcze bardziej nie rozumiem, czemu jej pierwszy mąż otrzymał w książce zupełnie inne nazwisko (z Jamesa Dougherty’ego powstaje Bucky Glazer). Gdyby tutaj też podać kryptonim, byłaby w tym przynajmniej jakaś metoda. Być może jest w tym jakiś ukryty cel, nie wiem. Zresztą w porównaniu z niezaprzeczalnymi dla mnie zaletami tej książki, nie ma to w gruncie rzeczy żadnego znaczenia.

Blondynka to według mnie wielka (nie tylko dosłownie) książka – obraz Monroe stworzony przez Oates wydaje się prawdziwy, głęboki, nieschematyczny. Autorka wnika w umysł Marilyn, a tą książką głęboko wniknęła także w mój. Doskonale udaje jej się obdarcie ikony kultury z pierwszej warstwy, ukazanie nie pięknej powierzchowności, ale najprawdziwszego wnętrza. Wdarcie się do jej prawdziwej istoty.

Norma Jeane

czwartek, 24 maja 2012

oTAGowana :)

Do zabawy zaprosiły mnie Grendella i Milvanna :)

1. Trzy słowa, które najlepiej Cię opisują. Tak, wiemy, że to trudne ;)
Tak, to jest naprawdę trudne pytanie ;) Myślę, że znaczna część mojego otoczenia uważa mnie za zamkniętą w sobie. I coś w tym jest, bo faktycznie niełatwo otwieram się na ludzi. Gdy kogoś dobrze znam, potrafię być naprawdę rozgadana, ale w większym i trochę gorzej mi znanym towarzystwie, jestem wycofana i małomówna, co mnie samą często denerwuje. Wrażliwa (przewrażliwiona, nadwrażliwa?)- naprawdę potrafię się wszystkim strasznie przejmować. I na pewno leniwa, o tak.
Hmm, dopiero teraz (już po opublikowaniu posta) zdałam sobie sprawę, że samo "zamknięta w sobie" to już trzy słowa! A może w ogóle powinnam się opisać właśnie jednym wyrażeniem złożonym z trzech słów? Ale dobrze, niech już tak zostanie ;)
2.Ulubiona książka lub ukochany film z czasów nastoletnich.
Na takie pytania dobrze odpowiada się z perspektywy czasu, a ja jestem jakby na bieżąco ;) Kiedyś (w wieku lat mniej więcej dwunastu) przepadałam na przykład za "Jeżycjadą". Teraz (w wieku siedemnastu lat) nie mam w sumie jednej książki lub serii, które uwielbiałabym ponad wszystko. Bardzo lubię na przykład "Sto lat samotności", "Dumę i uprzedzenie", "Rok 1984"... Z filmów "Życie jest piękne", "Pół żartem, pół serio", "Fortepian' i "Króla Lwa" (zawsze!).
3. Lektura szkolna której nie doczytałeś/aś i dlaczego.
Otóż nie pamiętam ani jednej niedoczytanej! :) W gimnazjum przeczytałam chyba wszystkie lektury od początku do końca. Udało mi się nawet z "Krzyżakami", chociaż to była dla mnie naprawdę mordęga. W liceum... cóż, nauczyłam się kombinować. I pojawiło się kilka lektur, których nawet nie zaczęłam czytać. Nie ruszyłam na przykład "Ogniem i mieczem". W sumie wiem już teraz, że Sienkiewicz aż tak zły nie jest ("Pan Wołodyjowski" swego czasu nawet mnie wciągnął), ale nie miałam w tej chwili ochoty i już.
4.Fikcyjne miejsce, które chciał(a)byś odwiedzić.
To może Ziemiomorze z cyklu Le Guin. Albo oczywiście Śródziemie (pewnie nie jestem zbyt oryginalna). Och i jeszcze ruchomy zamek Hauru!
5.Pora dnia, kiedy najlepiej ci się czyta i/lub pisze na blogu.
Piszę praktycznie tylko wieczorem. Wiadomo, wtedy mam najwięcej czasu, odpoczywam po całym dniu i takie tam ;) Czytam też głównie po południu lub wieczorem, ale również w komunikacji miejskiej w drodze do i ze szkoły.
6. Gdybyś zdecydował(a) się napisać, książkę, o czym by ona była?
Następne trudne pytanie :) Gdy byłam mała, tworzyłam jakieś historie o podróżach w kosmos, jakichś tam czarownicach, jedna była nawet obsadzona w czasach I wojny światowej. Teraz czytam to i łapię się za głowę ;) Zresztą jakoś już mi wyleciały z głowy mrzonki o tworzeniu literatury. Ale może poszłabym w stronę fantastyki albo historii?
7. Gdybyś miał(a) żyć w innej epoce, to jaką byś wybrał(a) i dlaczego?
Bardzo lubię inne epoki w filmie i literaturze. Oglądam lub czytam i są chwile, gdy chciałabym żyć w innych czasach. Ale gdy myślę, że pewnie byłabym chłopką na roli, to już mi się odechciewa ;) Życie bogatszych kusi tylko przez chwilę - bo potem sobie przypominam o sztywnych konwenansach albo o tym, że pewnie szybko by zaaranżowano dla mnie jakieś korzystne małżeństwo... Mimo wszystko - XIX wiek. Lubię tę atmosferę, lubię te ładne sukienki i lubię dziewiętnastowieczne powieści ;)
8.Blog nie związany z książkami, na który regularnie zaglądasz.
Hmm, niewiele jest takich blogów. Chyba za bardzo zamknęłam się w tej książkowej blogosferze ;) Od razu przychodzą mi do głowy dwa. Jeden kulinarny - Moje wypieki, jeden szafiarski - Raspberry and Red.

Nie będę nikogo typować, mam wrażenie, że już wszyscy odpowiadali. A kto jeszcze nie, może czuć się zaproszony ;)
1. Używasz zakładek? Jakich?
2. Jaka była pierwsza książka, którą przeczytałeś/aś? Czy to ona rozbudziła miłość do książek?
3. Jakie miejsce na świecie chciałbyś/chciałabyś odwiedzić zainspirowany/a przez lekturę?
4. Uznajesz tylko książkę na papierze, czy może lubisz eksperymentować z innymi formami - audiobookami lub ebookami?
5. Czy Twoje otoczenie wie o tym, że prowadzisz bloga? Chwalisz się, czy wolisz się z tym ukrywać? ;)
6. Jaką książkę zabrałbyś/zabrałabyś na bezludną wyspę, gdybyś mógł/mogła zabrać tylko jedną?
7. Zdarzyło ci się zniszczyć książkę? Pogryzł ją pies albo wpadła do wanny? :)
8. Czytasz jakieś gazety/czasopisma? Jakie, co możesz polecić?

Dostałam osiem pytań, więc ja też podaję osiem :)

niedziela, 13 maja 2012

"Tysiąc wspaniałych słońc" Khaled Hosseini

Khaled Hosseini kradnie sobie z łatwością czytelników na całym świecie dzięki ogromnemu talentowi do opowiadania znakomitych historii. Jego książki są pełne głębokiego autentyzmu i dlatego przerażają, zapierają dech w piersiach, wywołują żywe emocje. Po prostu chwytają za serce i nie chcą puścić.

Dużo się mówi o traktowaniu kobiet w Islamie – o zupełnym braku poważania wśród mężczyzn, o wykorzystywaniu jako tanią siłę roboczą, o całkowitym poddaństwie wobec męża, o uprzedmiotowieniu. Afganistan pod rządami talibów jest przykładem już wyjątkowo drastycznym. To kraj, w którym kobieta nie ma żadnych, absolutnie żadnych praw. Hosseini dedykuje swoją książkę kobietom Afganistanu – i jest ona jak krzyk rozpaczy i buntu, jak prośba o pomoc i zrozumienie. To przypomnienie o wszystkich afgańskich kobietach w burkach, które cierpiały (lub cierpią) poniżenie, strach, zniewolenie.

Tysiąc wspaniałych słońc opowiada o dwóch, zupełnie różnych kobietach, połączonych wspólnym losem i wzajemną miłością. Mariam jest harami, nieślubnym dzieckiem bogatego właściciela kina z Heratu i służącej z jego domu. Razem z matką mieszka za miastem. Ojciec ją odwiedza, ale trzyma na uboczu, by nie była dla niego hańbą. Gdy matka Mariam popełnia samobójstwo, piętnastoletnią dziewczynę bardzo szybko wydaje się za mąż, by pozbyć się kłopotu. Jej mężem zostaje szewc Raszid z odległego Kabulu. Lajla pochodzi z zupełnie innego środowiska – od dziecka mieszka w Kabulu, jej rodzice są liberalni, ojciec wciąż powtarza, że najważniejsze jest wykształcenie. Gdy jej rodzice giną w eksplozji bombowej, czternastoletnia dziewczyna jest zdana na łaskę swoich sąsiadów - Raszida i Mariam.

W tle wciąż działa straszna machina historii – krwawej i strasznej historii Afganistanu. Tak wiele jest tu przelanej krwi, przeciętych zbyt wcześnie istnień, zawiedzionych nadziei, strachu i bólu. To książka nie tylko o pojedynczych historiach konkretnych ludzi, ale też o wielkiej historii całego kraju, która przecież tworzy losy naszych bohaterek. Khaled Hosseini mówi o Afganistanie z bólem, zrozumieniem, i głębokim poszanowaniem dla tradycji oraz kultury.

Jak już napisałam, Hosseini jest świetny w opowiadaniu historii – pod jego piórem wydarzenia stają się prawdziwe, bohaterowie żywi i autentyczni, a więc ich losy potrafią wzbudzić największe emocje. Wiecie, czytałam wcześniej Chłopca z latawcem i byłam troszkę rozczarowana. Bardzo mi się podobało, ale nasłuchałam się tylu zachwytów, że spodziewałam się nie wiadomo czego. A proza Hosseiniego nadzwyczajna nie jest, jest prosta – a w tej prostocie i szczerości piękna. Wzruszająca, porażająca, autentyczna. Ma się wrażenie, że autor pisał to prosto z serca. Hosseini świetnie operuje językiem – potrafi w wyobraźni czytelnika ożywić zupełnie obcy mu świat, potrafi sprawić, że bohaterowie staną się jak dobrzy znajomi. Nic dziwnego, że przy lekturze nieraz płyną szczere łzy.

Słuchałam audiobooka i Maria Peszek udźwignęła zadanie. Słucha się jej dobrze i książka żyje w jej interpretacji. Tysiąc wspaniałych słońc to powieść gorzka i smutna, a jednak niepozbawiona optymizmu. To książka poruszająca czułe struny. Książka, którą po prostu warto poznać.

------------------
Audiobook otrzymałam od portalu Audioteka.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...